RSS
sobota, 21 września 2013

Czekam na telefon. Od niego. Jeśli nie zadzwoni, to powinien być koniec. Gdzie są granice upokorzenia, których nie byłabym skłonna przekroczyć. Nie ma ich przecież.

 Nienawidzę siebie. Gdy czekam, gdy kolejny już raz obiecuję sobie, że to koniec.

Zerwać wszelkie kontakty.

To miałaby być kara … Śmieszne… Dopóki myślę, że moje milczenie byłoby karą, dopóty jestem uwiązana, , niezdolna do dalszego życia...

Gdzie u diabła moja godność? Duma, czy zwykły, elementarny szacunek dla siebie samej?

????

Urodziłam się bez nich? Felerny egzemplarz ludzki, do którego zapomniano dołączyć część wyposażenia?…      Ścierka, którą ten człowiek może wytrzeć sobie buty?….

Nie chce mnie, nie kocha mnie, nie jestem mu potrzebna…. Staram się  powtarzać to sobie jak mantrę…  Może w końcu zdołam obudzić w sobie tę godność, którą  inni wokół przecież mają , bywa, że w nadmiarze – a ja nawet nie wiem, jak się czuje ktoś dumny…

Co musiałoby by się jeszcze stać, żebym wreszcie wzbudziła w sobie  może nawet nie gniew na niego, ale przynajmniej niechęć…   Czy niechęć jest konieczna, żeby wreszcie przestać cierpieć?

Chciałam tego uniknąć, wierząc, że ocalę przeszłość. Nie jestem zdolna  wyrzec się jego miłości.  A jej już nie ma…

Staję się śmieszna… Staję? Już dawno się stałam. Dni spędzane na stawianiu pasjansa, Paroksyzmy bólu zagłuszane alkoholem,  muzyką. Płacz przynoszący czasem ulgę – częściej ból głowy.

Nie wiem, co robić. Miotam się między rozpaczą,  niezgodą na pogodzenie się z tym, co przecież już dokonane a  nadzieją na coś… Choć sama nie wiem na co… Chwilami mam wrażenie, że wcale nie dotarłam jeszcze na dno, że przyjdzie czas, kiedy

20:54, lasviol
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 lipca 2013

Wyprowadził się  styczniu.

Cios jak obuchem w głowę...

Sensu stricte...

Przez co najmniej dwa miesiące pozostawałam w tym ogłuszeniu. ślepa i głucha na to, co się wokół mnie dzieje.

Zabrał meble (dziś mówi, przecież się zgodziłaś), a mnie w ogóle nie obchodziły meble - życie mi się rozwalało...

Wysłał mi agentkę nieruchomości, pomocną w sprzedaży domu - dziś twierdzi, że tego chciałam...

Niczego nie chciałam. Chciałam tylko przetrwać...

Przetrwałam. Strach w oczach  mojej córki powstrzymał mnie przed tym, czego naprawę chciałam.

Żyję.... I co dalej?... 

Tagi: zdrada
20:20, lasviol
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lipca 2013

30 X

Obudziłam się baz kaca, jednak potrafię utrzymać miarę. Poranek jest piękny, świeci słońce. Z balkonu, gdzie wypalam pierwszego papierosa, widać jakąś wielką górę, później sprawdzę w googlach, którą z licznych tutaj.  W gruncie rzeczy nie cierpię Zakopanego, a góry budzą we mnie klaustrofobię. Dlaczego przyjechałam właśnie tutaj, żeby lizać swoje rany? No cóż, już się stało…

Boję się wyjść ze swojego pokoju. Ale w końcu będę musiała. Choćby na śniadanie. Potem zacznę od miasta – muszę zahaczyć o bankomat i zrobić jakieś zakupy – nie ma tu co liczyć na śniadanie w dniu Wszystkich Świętych.

Po południu.

Wróciłam z długiej (jak dla mnie ) wycieczki do Doliny Strążyska (skiej?). Jutro , jeśli pogoda dopisze, spróbuję dojść dalej niż do Polany  Strążyska. Przyjaciele mieli rację – wysiłek fizyczny pomaga. Idę tak sobie i w miarę jak czuję się coraz bardziej zmęczona, gorączka we mnie opada. Spływa cały żal – na chwilę  udaje mi się nie myśleć. Gdyby nie telefon od Niego, byłabym niemal szczęśliwa. Choć to jednak zbyt mocne słowo, raczej mniej nieszczęśliwa.

 A przecież cały ranek czekałam na ten telefon- ślubując sobie, że nie zadzwonię pierwsza. Wytrzymałam.  Szłam przez to cholerne Zakopane, a łzy same ciekły mi po policzkach.  Na szczęście ludzi  tu teraz, w martwym sezonie, niewielu, zwłaszcza przed południem. Zrobiłam zakupy i poszłam w dolinkę. Tam wreszcie się doczekałam. Głosem jeszcze nie całkiem rozczmuchanym ze snu pytał, jak się czuję..

A jak, kurwa, miałam się czuć? Fala czułości, która ogarnęła mnie na dźwięk jego głosu, odpłynęła gwałtownie. Byłabym nawet zapytała, od której z nas zaczął dzisiejsze sesje telefoniczne, gdybym i tak nie była pewna, że ode mnie.  Ze mną po prostu może to załatwić szybciej… 

Dziś znów będzie z nią rozmawiał. Już nie próbuje się wypierać.  A ja z coraz większą jasnością uświadamiam sobie, że nie mogę tego znieść. Jednak nie. Nie mogę wrócić do domu i nasłuchiwać z pierwszego piętra, czy z nią rozmawia, zaglądać znienacka do jego gabinetu, by sprawdzić, czy nie mailuje właśnie do niej, czego i tak nie będę już w stanie skontrolować. Dwa dni temu zmienił kody dostępu do swej poczty. Sama go o to poprosiłam.

Najchętniej zostałabym tutaj. Sama. Ale to niemożliwe  - kasa, misiu, kasa.

Ewa ciągle dopytuje, czy wiem,  dlaczego to wszystko się stało. Jeszcze nie chcę ani sobie , ani jej odpowiadać na to pytanie.

31 X

Dziś w Dolinie Kościeliskiej. Marnie mi szło. Myślałam już, że się nie dowlokę do schroniska na hali Ornak. Że też natura musi być tak hałaśliwa – nieustanny grzmot tłukącego się o kamienie potoku działał mi na nerwy.  Oślepiające słońce sprawiało,  że prawie nic nie widziałam zza na wpół przymrużonych powiek. Ale w końcu dotarłam do celu. Wypiłam herbatę, kupiłam flaszkę wody mineralnej na powrót i w końcu wypaliłam papierosa.

Miła rozmowa z młodym człowiekiem.  Ot tak dwoje ludzi, gdzieś w górach rozmawia niezobowiązująco. Wyznał, że zamierza rzucić palenie, ale widok mnie palącej okazał się silniejszy. Poczęstowałam go jednym. Mieszka pod Wieliczką i kiedy tylko może ucieka w góry. Chodzi sam, mówił nawet, dokąd się właśnie wybiera (nie zamierzał wszak poprzestać na wypoczynkowej w końcu dolinie) ale nazwy nic mi nie mówiły, więc natychmiast je zapomniałam.

Droga powrotna poszła lepiej. Trochę z górki, więc lżej. Na ostatnich nogach dowlekłam się do pensjonatu. Nie miałam siły wziąć nawet prysznica i padłam na niezasłane łóżko.

Nie wiem, czy jutro starczy mi sił na następną dolinkę. Zostanę chyba Królową Krupówek…

Po drodze, oczywiście, telefony. W tym jeden mój, wstydliwy. Kolejny nawrót panicznej podejrzliwości.  Lęk nie do opanowania – ten obiad ze wspólną przyjaciółką od lat mieszkającą za granicą, czy istotnie jest obiadem z nią właśnie? Zadzwoniłam. Fala wstydu, gdy usłyszałam jej głos.

Ciągle rozważam wariant wyprowadzki.  Ale coraz bardziej tęsknię. Nie wiem, jeszcze pomyślę, porozmawiam z Nim. Jeszcze nie chce decydować, ale czasu zostało niewiele…

Teraz czekam na wieczorne skypowanie. Prosiłam, by zadzwonił dopiero po rozmowie z nią. Chciałabym, żeby zasypiał z obrazem mnie przed oczami i głową zajętą myślami o mnie.

O naiwna…

1 XI

Wczoraj późnym wieczorem wszystko potoczyło się inaczej, niż myślałam.

Najpierw długa rozmowa z przyjaciółką o mojej córce, o tym ironicznym zbiegu zdarzeń, który każe mi grać rolę doradcy w jej problemach uczuciowych. I moich usiłowaniach, by nie zatruć jej  swoją goryczą.

Potem rozmowa z Miłym, nie najgorsza, choć niczego nie rozwiązująca. Powtórzył raz jeszcze, że powinnam wracać do domu.

A potem stało się to, co przeczuwałam, że się stanie. Napisałam do niej.  Zadaję sobie teraz pytanie, co chciałam tym listem osiągnąć? Nie jestem do końca pewna. Chyba była to nieco żałosna próba zaznaczenia przed nią własnego istnienia.

Spójrz, jestem, myślę, cierpię i czuję!  To ja, nie „poszkodowana” - ale istota z krwi i kości.  Czy teraz też odważysz się mnie ranić?

Odpisała. Jeszcze nie umiem zanalizować tego tekstu. Nie wiem, co o nim myśleć. Tym bardziej, że wysłała swą odpowiedź również do Niego ( do konsultacji?). Nie sądziłam, że to zrobi. Ja poinformowałam go tylko o swojej chęci napisania do niej, nigdy nie pokazałabym mu  pierwsza tego listu.

Znów czuję się w pewien sposób zdradzona. Dogadują się za moimi plecami, ile prawdy zdołam udźwignąć. Nadal pozostają w intymnej konspiracji. Nie zdołałam się powstrzymać – w odpowiedzi przesłałam mu całą naszą wymianę listów. Jak już, to już..

Wietrzę tu jakąś grę z jej strony. Licytację na szlachetność. Rywalizację   w konkurencji, która z nas okaże większą klasę.

Oczywiście po moim liście długo w nocy ze sobą rozmawiali. Zastanawia mnie, dlaczego on sądzi, że informacja o jej szacunku dla mnie, może mi w jakikolwiek sposób pomóc. Jak bardzo się ode mnie emocjonalnie oddalił, że za wszelką cenę próbuje mnie przekonać o jej empatii i szlachetności? Stał się rzecznikiem jej interesów.

Po południu.

Odpowiedziałam na jej list, potem następny.  Usiłuje w gruncie rzeczy wymusić na mnie akceptację ich dalszych kontaktów. Nie prosi o to wprost, ale apeluje o zrozumienie, że jest jej trudno tak z dnia na dzień przerwać to, co stało się istotą jej życia. Choć zdawałoby się, rozumie, jak to zabójcze dla nas trojga. Dla niej też.

Pisze:Nie będę walczyć, bo nie mam do tego prawa. Bo nawet gdyby związał się ze mną (czego i tak, powiedzmy szczerze, by nie zrobił), nie umiałabym nigdy zapomnieć o tym, co zrobił Pani. Ale cały czas pozostaje przy tym myśl, że relacja między nami była czymś znacznie więcej niż intymną awanturką. I podczas gdy dla własnego dobra intymności wyrzekłam się raz na zawsze, nie umiem jeszcze z dnia na dzień zerwać samej relacji, mimo świadomości, że będzie to przedłużaniem i klinczu, i (naszej) agonii.

On też się na tak gwałtowny krok nie zdobędzie.

Więc co pozostaje mnie?

Ona w gruncie rzeczy daje mi do zrozumienia (cytat powyżej), że mój ukochany zostaje ze mną, bo nie mógłby znieść wyrzutów sumienia. Tu się chyba jednak  myli, zapomniała, że jest w końcu recydywistą. Z podobnymi wyrzutami sumienia musiał się już zmagać. I jakoś żył, a nawet bywał szczęśliwy.

Ale pytanie pozostaje w mocy – jak dalej mam żyć .

2 XI

Wróciłam do domu.   Strach, że znów wszystko we mnie wróci do rozedrgania pierwszych dni. Że znowu się w niego wczepię, nękając tysiącem pytań, przytłaczając lękiem i podejrzliwością. Miałam odruch, by cofnąć się w progu, zatrzymać taksówkę i poszukać jednak schronienia  u przyjaciół.

A potem cały  dzień jak na pieprzonym diabelskim młynie. Znalazłam się prawie dokładnie tam, skąd chciałam uciec. Chwile względnego spokoju przeplatane rozdygotaniem  i zwyczajnym strachem.

Czy dotrzyma obietnicy? Dziś po raz pierwszy przyrzekł, że sam nie będzie szukał z nią kontaktów, zadzwoni tylko, jeśli zdarzy się sytuacja kryzysowa – gdy ona pierwsza się odezwie.

Potem próbował jednak złagodzić  nieco te warunki, potargować się lekko, wspominając, że może za kilka dni zadzwoni do niej z pytaniem, jak się czuje.  To ponad moje siły. Zasypiałam, nasłuchując rytmu kliknięć w komputer – to czat z nią czy artykuł?

Tak nie da się żyć.

3 XI

Znów napisałam do Niej list.  Z prośbą, by nie szukała z nim kontaktu.  Żałosne i upokarzające posunięcie. Oddaję w pewien sposób swój los w jej ręce. Mam jednak nadzieję, może głupią i naiwną, że okaże po raz pierwszy pewną przyzwoitość, że postara się zrozumieć.

Słyszę, że mój miły właśnie się obudził. Czy będzie to kolejny koszmarny dla mnie i dla niego dzień?

Wieczorem:

Obietnicy rzecz jasna nie dotrzymał, przyłapałam go, jak wysyłał do niej smsa.

4 IX

Poprzedni dzień w tym samym klinczu, co poprzednie. Ta sama huśtawka – od pogodzenia się z jego dystansem, nieumiejętnością przywrócenia mi zaufania do rozpaczy.

 

8 listopada

Tyle dni bez pisania, przesiedziane w czarnej dziurze.

Nawet nie chce mi się rekonstruować, tego co się zdarzyło. Coraz większa beznadzieja. Wczoraj u lekarza – leki uspokajające niewiele pomagają.  Może trochę. Niszczę siebie i jego, zadając nieustannie te same pytania, próbując wymusić na nim zerwanie kontaktów z tą dziewczyną.

Żadnych szans – jedyne, co pozostaje, to czekać. A tego właśnie nie potrafię. Może to ja zachowuję się jak dziecko, któremu odebrano lizaka?  Już teraz, natychmiast… Oddajcie mi to, co zabraliście. Nie potrafię myśleć jasno… Nie potrafię już pisać.

29 XII

Pora to wszystko zrekapitulować. 12 listopada przeprowadziłam się do mieszkania przyjaciółki, dałam mu do grudnia czas na zakończenie z nią kontaktów. To były trudne trzy tygodnie, ale jakoś je przerwałam, niesiona nadzieją, że od grudnia jej cień przestanie wisieć niczym gradowa chmura nad nami. Po drodze były erotyczne limeryki wysyłane do niej, wiersz Grochowiaka i co tam jeszcze, o czym nie wiem…

Wróciłam pełna nadziei. Żałosna wiara, że wszystko będzie lepiej.  Że obiecał zerwać z nią wszelkie kontakty. Że przyszedł czas odbudowywania.

I wszystko diabli wzięli.  Gdzieś w połowie grudnia sam przyznał, że z tą kobietą łączyło go więcej,  niż sądził, że nie potrafi przestać o niej myśleć. A wczoraj w końcu się z nią spotkał. Mimo danego słowa. Sprawdziłam dziś rano (wcześniej starałam się powstrzymywać to pragnienie kontroli) – w grudniu codziennie logowal się na onetową pocztę – konto, które założył do korespondencji właśnie z nią. Nawet w Wigilię…

Znów mnie okłamał.

Znów się wyprowadziłam – tym razem bezterminowo.  I co teraz będzie?

Siedzę sama  i nie potrafię nie myśleć o nim. Nie będę dzwonić, poprosiłam by i on do mnie nie dzwonił. Czekam przecież na jeden tylko telefon – wracaj, tamto to już przeszłość. I wcale nie jestem pewna, czy się doczekam. 

To trudne, wyrzec się codziennego kontaktu.  Byliśmy ze sobą siedemnaście lat. Zawsze, kiedy  był poza domem lub gdy ja gdzieś musiałam wyjechać,  dzwoniliśmy do siebie przynajmniej dwa razy dziennie.  Tak bardzo chciałabym usłyszeć jego głos…

Nie wiem, jak długo będzie się z niej wyzwalał. Czy w ogóle się z niej wyzwoli.  Nie potrafię i nie chcę zaakceptować życia w trójkącie.  A podtrzymywanie z nią kontaktów jest zaproszeniem do trójkąta właśnie. Mój Miły powoli zaczyna rozumieć, że fakt, iż z nią nie sypia (a skąd ta pewność, idiotko?), nie wystarczy. Mam prawo oczekiwać  i oczekuję więcej.  I nie wiem, czy te oczekiwania się spełnią…

Myślę, że postąpiłam słusznie. Choć to boli. Mój Boże, jak boli.

W pierwszy dzień Świąt  Bożego Narodzenia próbowałam podciąć sobie żyły. Po kolejnej z wyniszczających rozmów. Akt desperacji – niemądry, nieudany (krew krzepnie, jeśli zrobi się to niedostatecznie głęboko, a na drugie nacięcie, głębsze,  nie starczyło mi odwagi).   Ale świadomość, że jestem do tego zdolna, że kiedyś, być może, ponowię te próbę, dodaje mi sił.

Zawsze mogę zakończyć niechciane i nieudane życie.

Sama jestem sobie winna.  Popełniłam wiele błędów. Złe wybory, pomyłki, zaniechania.  I jestem tu, gdzie jestem. Jak powiada klasyk „ w ciemnym znalazłam się lesie”.

 Co z tego wyniknie – czas pokaże. Jeszcze nie wiem, dokąd się potoczę. I może wreszcie uda mi się nadać jakiś kierunek temu  ruchowi. Jedno wiem, nie mogę żyć z nim pod jednym dachem, dopóki nie upora się z miłością do niej…

20:37, lasviol
Link Komentarze (3) »

26 X

Dzień udany połowicznie. Spotkanie z Ewą -pełna jakiejś irracjonalnej nadziei, że wszystko wróci  na swoje miejsce, zdołałam  nawet wykrzesać z siebie odrobinę autoironii. Chwila ulgi – niczego nie muszę jej tłumaczyć. A co najważniejsze -  nie wątpię w jej życzliwość.

Potem , w domu, znów otwierająca się otchłań. Jak zwykle zaczęło się banalnie – znalazłam rachunek za planowaną przez niego podróż, w którą zamierzał się wybrać na początku listopada i o której zresztą wiedziałam. Tyle że koszty tej podróży  najwyraźniej wskazują, że podróżnikami miały być dwie osoby. I znów próby zaprzeczania, nieporadne tłumaczenia….

Znowu na samym dnie. Nie mam siły pisać…

27 X

Dno - jak się okazuje -  wbrew wszelkim definicjom przemądrzałych lingwistów jest pojęciem  stopniowalnym. Być na dnie nie znaczy, że nie da się spaść niżej. Każdy mój dzień ma swoje dno. Każde o stopień niżej. Każde inne. Dzisiaj osiągnęłam kolejne dno, tym razem własnego upadku.

Znów nie zdołałam się oprzeć i zajrzałam do jego poczty. Nie żebym się spodziewała znaleźć coś nowego. To przymus. I voila – złapałam go można by rzec  in flagranti. Byłam świadkiem  ich czatu w czasie rzeczywistym. Każde pling sygnalizujące nadejście kolejnej odpowiedzi było jak cios obuchem w mój durny łeb.

Poczucie obrzydzenia dla siebie i w końcu świadomość, że fakt, że zostałam zraniona, nie usprawiedliwia jednak wszystkiego, każdej podłości. To niszczące także dla mnie. Zresztą cóż za oręż mam do dyspozycji. Powywijać piąstkami w bezsilnej młócce? Kolejny raz zrobić mu kipisz w skrzynce mailowej czy w telefonie?  Wiem już wszystko – o ile to możliwe wiedzieć wszystko w tej sytuacji. Ujmijmy rzecz inaczej – wiem  tyle , ile trzeba, by z grubsza ocenić rozmiary katastrofy.

Nic, czego zdołam się jeszcze dowiedzieć – a  nie łudzę się, jeszcze nie raz przyjdzie mi zmierzyć się z jakąś nową  a bolesną informacją o szczegółach ich związku – nie jest w stanie zmienić tej wiedzy.

Czas chyba powiedzieć dość tym codziennym przesłuchaniom, które urządzam od paru dni, wbrew rozsądkowi, raniąc siebie o wiele bardziej, niż ranię jego. Bo jego też ranię – muszę to w końcu przyznać. Można by powiedzieć, że w tej sytuacji mam do tego prawo. Może i mam. Ale czy z każdego z przysługującego nam prawa zawsze należy korzystać?

W poniedziałek wyjadę na kilka dni z miasta. Teraz, kiedy to piszę, wierzę, że wytrzymam. Muszę wyjść z tego klinczu, tego wczepienia w niego, nieustanych pytań, paniki, dolegliwości gastrycznych , huśtawki emocjonalnej….

Chcę wierzyć, że to, co mówi, stanie się rzeczywistością. Wyzwoli się z tego związku. Wydaje mi się, że udało mi się go przekonać, że miłosierniej byłoby opuścić mnie teraz, niż odwlekać egzekucję o kilka tygodni czy miesięcy. Przysięga, że nie chce odchodzić…  że się  ze wszystkim upora…

Muszę się choć na chwilę od niego wyzwolić.  Coraz bardziej mu współczuję. Czasem żal mi go bardziej niż samej siebie Czy to już syndrom sztokholmski?

28 X

Idziemy razem na spotkanie z przyjaciółmi. Umówione jeszcze w epoce „przed”.

Boże miej mnie w swej opiece!!!!!

Czy modlitwy ateistów mogą być wysłuchane? Miłosierdzie Boskie nie zna ponoć granic…

29 X Rano

Byłam bardzo dzielna. Tak przynajmniej utrzymuje mój Miły. Zresztą starał się mi pomóc. Po raz pierwszy od lat poczułam jego dłoń na moim kolanie, dyskretnie, pod stołem, przy którym siedzieliśmy. A ja chcę już tylko tego – dotyku jego rąk, porozumiewawczego uśmiechu, poczucia, że jest przy mnie. Cały ten wieczór na wszelkie sposoby walczyłam o niego.  Udało mi się nawet opowiedzieć jakieś dowcipy. Chciałam być dzielna. Wiedziałam, ze nie wolno mi się poddać i rozpłakać – nigdy by mi tego nie wybaczył.

 Poczucie upokorzenia? Już chyba nie. Tylko żal. Żal za tym wszystkim, co mi odebrał.  Sama zresztą nie wiem, co czuję. Już tak dawno  zgubiłam drogę do siebie samej. Chyba dlatego umiał mnie wtedy, przed laty,  tak łatwo przekonać, że bycie  z nim jest warte podeptania wszystkiego, co dla mnie ważne.  Co tu kryć, przeszłam jak buldożer po życiu moich bliskich. Byłego męża, córki (choć wtedy wydawało mi się, że ona najmniej odczuje moje odejście)

29 X Wieczór

Dojechałam w końcu do Zakopanego zakopanego w śniegu. Pierwsze godziny podróży w przedziwnym odrętwieniu. Poczucie obcości w świecie. Jak za szklaną szybą. Widzę wszystko i sama jestem widziana.  Ale jakby z oddali.  Kątem ucha rejestrowane rozmowy współpasażerów. Para, najwyraźniej Polonusów w drodze do rodziny, ten „zachodni” sznyt w strojach ale nie w dialogu. Upiorna kobieta zrzędliwym tonem utyskująca nad zakupionym przez niego ciastkiem w przydrożnym barze. „ A idźże z tą szarlotką, co za szajs”. Jakby to on ją specjalnie dla niej upiekł tak nieudatnie. Dwie rozmowy z moim Miłym. Kojące. Jakoś jeszcze istnieję dla niego…

Potem pokój w pensjonacie. Malutki – jeśli otworzyć szafę, nie sposób wejść do łazienki. Ale czysto, cicho . Cały wieczór przede mną…

Po co to wszystko piszę? Dla kogo? Dla niego? Już nie. Pokazałam mu pierwsze dwie strony tych zapisków, zanim zdałam sobie sprawę, że to nie ten czas, nie ten adresat. Zabolało, kiedy nie doczekałam się spodziewanej reakcji. Przez jakiś czas próbowałam pisać do Niej.

 

Znieczulam się tanią mołdawską brendy. Niezbyt obficie. Tak,  żeby jutro nie mieć kaca. Nad biurkiem, przy którym siedzę, wisi lustro.  Po raz pierwszy w życiu płaczę do lustra.

Postanowiłam zadzwonić do mojego Miłego – abonent zajęty.  „Jeśli chcesz rozmawiać, pozostań na linii” Pozostałam. Po chwili odzew. Tak, to z nią rozmawiał.

Uświadamiam sobie, że teraz ma nas dwie na linii. Zawiesił rozmowę z nią, żeby odebrać mój telefon.  Nie potrafię powstrzymać łez, choć  wiedziałam, że do niej zadzwoni, przecież wiedziałam.

Znów zapewnia, ze mnie kocha. A ja znów płaczę.

Potem dzwonię po raz wtóry – sytuacja się powtarza. Tym razem błyskawicznie się rozłączam, w nadziei że nie zauważy mojego telefonu.  Zauważył, oddzwonił.

Ile jeszcze mogę znieść? Ile jeszcze może znieść on?

20:35, lasviol
Link Dodaj komentarz »

24 X

Koszmaru ciąg dalszy… Czy ja u licha zawsze muszę mieć rację. Czy zawsze muszą się sprawdzać moje najgorsze przeczucia? Znów przyłapałam go na SMS ach do niej. Dziewczyna cierpi. Właśnie pojechał, żeby się z nią pożegnać. Tak mówi. Uważa, że jest jej to winien .Sama zgodziłam się na to spotkanie, ba - niemal go do niej wysłałam. Zanim wróci, zważywszy na ruch w mieście , minie 6 godzin. Jak to znieść. Czy w ogóle wróci? Po co wróci? Ja już chyba nie mam nic do zaoferowania. Moje poczucie własnej wartości osiągnęło poziom zera absolutnego. Ostatnie dni stały się przy tym areną mojego gwałtownego przeobrażania się w potwora, który mnie samą przeraża. Czy na pewno muszę być taką suką?  Próbowałam znaleźć ulgę w pisaniu, w narzuceniu swoim myślom jakiejś dyscypliny, w dbałości, by tekst był przejrzysty, a każdy przecinek na swoim miejscu. To mój sposób na ogarnięcie chaosu. Niestety niewystarczający…

Teraz, kiedy sama zaproponowałam, żeby się z nią spotkał, czuję pewną ulgę.

Nigdy więcej zaglądania do jego poczty, żadnych pytań, żadnej kontroli. Zrobi, co zechce. I tak by to zrobił, paradoksalnie – moje próby zapanowania nad biegiem wypadków  dają mu tylko pretekst do spychania mnie w rolę żałosnej, pozbawionej godności osoby „poszkodowanej”. Zrobił mi niemal awanturę, że usiłuję „złamać mu kręgosłup”  A moje wysiłki, by powstrzymać wstrząsający mną skowyt, obracają się przeciwko mnie. Ona widać cierpi w sposób bardziej widowiskowy. Nie będę się ścigać…

Zatem żadnej więcej kontroli – mimo że nie ma we mnie zbyt wiele wiary w jego zapewnienia i obietnice. Napisałam najpierw „ani cienia wiary”, ale natychmiast zdałam sobie sprawę, że całe to pisanie jest przecież wyrazem nadziei.

Tylko czy warto ją żywić? Panowie , panie uczucie tanie i każdy w stanie jest żywić je. Pozwoliłam, by moje życie zależało od innego człowieka i teraz, kiedy jego zabrakło, nie mam się na czym oprzeć. Popełniłam błąd, którego się nie da już naprawić. Nie chcę i nie mam siły zaczynać od nowa.

Napiję się teraz kawy. Pomyślę, czego chcę. Nadzieja, o której pisałam jest wątlutka, a ja jestem niecierpliwa. Wszystko albo nic.  „Ja” dawne wierzga i żąda bym przynajmniej próbowała ocalić resztki szacunku dla samej siebie.   Więc od dziś odpuszczam sobie – przestaję walczyć. Będzie, jak będzie. I tak nic ode mnie nie zależy. Cokolwiek zrobię, i tak obróci się to przeciwko mnie.

Pewnie zdążył już dojechać na spotkanie. Nie będę nawet musiała pytać, by wiedzieć, jak się odbyło. Na początek żadnych przytulań, powściągliwość, słowa o beznadziejności ich związku, o którym przecież wiedzieli, ze nie ma szans i ,wcześniej czy później, znajdzie taki właśnie koniec (to cytat). Płacz dziewczyny, jego łzy. I jak kochankowie przeklęci, którym okrutny los nie pozwolił się połączyć na zawsze, wyprą ze świadomości cały banał, tego co robią. Poczują się wyjątkowi, inni niż reszta śmiertelników (zwłaszcza „osoba poszkodowana”). A potem pójdą do łóżka ten ostatni raz, bo przecież muszą dać sobie w tej chwili odrobinę czułości. I będzie to seks pełen rozpaczy ale też bolesnego szczęścia, że przecież zdarzyło im się coś wyjątkowego. A potem, za jakiś czas, pójdą do łóżka jeszcze raz, jeszcze raz… Miłość wszak wszystko rozgrzesza..

Pewnie znowu napisałam to w złą godzinę. Pewnie znowu się sprawdzi co do joty…

Och żeż kurwa mać!!!!

Nie dają mi tylko spokoju jego łzy, kiedy mówił, że mnie kocha. Nigdy go wcześniej nie widziałam płaczącego. Chciałabym im uwierzyć, coś w końcu musi być w nim prawdziwe. Przecież nie słowa. Tak łatwo przychodzi mu kłamać, rzekomo po to, by mnie chronić. Tak naprawdę chroni siebie przed konfrontacją z prawdą o sobie samym.

Ale, powtarzam,  coś u licha musi być w tym człowieku prawdziwe! Czepiam się tej nadziei. I zaraz przychodzi refleksja – po co?

Czuję się pusta w środku. Nie wiem, w jaką stronę się potoczę. Z ulgą jednak konstatuję, że to koszmarne napięcie, panika i rozpacz chwilowo zelżały. O błogosławiona mocy słów zapisanych! O święta terapio tekstowa! Mój prozaku codzienny!

Mija kolejna godzina oczekiwania na jego powrót.

A jeśli nie wróci?????????

Zadzwonił. Od niej. Nic nie rozumiem. Po co to zrobił? Na litość boską dlaczego musiał mnie poinformować, że ona znosi to nadspodziewanie dobrze. Jak oczekiwał, że zareaguję?  Miałam mu pogratulować? Nie pojmuję tego braku wyczucia, braku szacunku dla moich uczuć. Jestem chyba dla niego człowiekiem jakiejś innej kategorii, kimś, kogo można ranić.

Bóg jeden wie, jak wiele mnie kosztuje to, że się z nią spotkał. Jak trudno mi się pogodzić, że jej cierpienie ważyło dla niego więcej niż mój ból. Rozpadałam się przed nim na kawałki. Musiał to widzieć. Mimo to pojechał.

A ja mimo to czekam na jego powrót.

20:33, lasviol
Link Dodaj komentarz »

23 X 2012

No i stało się - przedwczoraj, zupełnym przypadkiem  nacisnąwszy nie ten co trzeba klawisz komputera,  odkryłam intymny czat mojego męża z kobietą  oczywiście zupełnie mi nie znaną. Potem wszystko potoczyło się jak to zwykle bywa na tym najlepszym ze światów – głębsza inwestygacja pozwoliła dotrzeć do maili dwojga kochanków, całkiem niedwuznacznych (nie zadbał biedak, by je w porę wykasować albo żal mu ich było?),a  przyciśnięty do ściany  wyznał, co było do wyznania (choć nie bez oporów) zarzekając się, że nie myśli o opuszczeniu mnie, bo tylko mnie jedną kocha, (choć i ją oczywiście też na swój sposób kocha  -zawsze gentelman!).

I tak właśnie mój świat rozpieprzył się na drobne kawałki. W tak wodewilowym stylu, tak  bez klasy tak obezwładniająco banalnie.

Wiem już, jak nazywa się moja Rywalka, wiem, jak wygląda. Nie wiem, co myślała, wiążąc się z człowiekiem , którego od tylu lat kocham. Pewnie to samo , co ja kiedyś. Wydaje się to tak dawno, ale przecież pamiętam…

Co najbardziej boli?

To że zawiódł  moje zaufanie

Okoliczności zdrady – w najtrudniejszym dla mnie roku (gdy umierała moja matka) znalazł ucieczkę w związku  z inną kobietą.

A nade wszystko poczucie żalu, że już nic nie będzie takie samo, że unieważnił to, co między nami było. Nie wiem przy tym, czy w ogóle jest w stanie to pojąć. Nie pojmuje ogromu zniszczeń, jakich dokonał. Nie może wszak oddać mi siebie takiego jak przedtem. Jakkolwiek by chciał ( a nawet to wcale nie jest takie pewne) dostanę z powrotem kogoś innego, już nie mojego, z kim będę musiała nauczyć się żyć od nowa, nie zamieniając sobie ani jemu życia w piekło.

Patrzę na twarz Mojego Ukochanego i widzę w niej żal. Czy to żal, że wszystko się wydało i trzeba będzie podjąć jakieś kroki – albo odejść ode mnie albo od niej.? Czy to żal, że w ogóle wszedł w tę romansową awanturę?  Ale oprócz żalu, wyczuwam w nim rodzaj przewrotnej dumy, z tego, co się stało. Oto, jego, mężczyznę już mocno w latach zechciała młoda dziewczyna,  znów poczuł się jak zdobywca, znów potwierdził swoją męską wartość.  Mówi, że ten związek jest absurdalny. Ale czy właśnie nie  ta absurdalność pociąga go najbardziej?

Oddał jej wszystkie słowa naszej miłości. Czytam te niedwuznaczne maile  i przeżywam bolesne deja vu. To do mnie tak mówił. Mogłabym zawołać : Przecież mnie kochasz nad życie. Sam mi mówiłeś przeszłego roku. Krzyk bezradności.  I poczucie własnej śmieszności. Nie ja pierwsza, nie ja ostatnia. Nad czym tu biadać.

Nie wiem jeszcze, jaką decyzje podejmie. Zapewnia, że chce być ze mną,  ale widzę i czuję, z jakim żalem przyjmuje konieczność zerwania z tą dziewczyną. Taki postawiłam warunek. Próbuje negocjować. W ogóle źle znosi konieczność tłumaczenia się przede mną, odpowiadania na moje pytania. Jeszcze chwila i poczuje niechęć pomieszaną ze zniecierpliwieniem, uzna, że posuwam się za daleko i odsunie się ode mnie na dobre. Teraz jeszcze czuje się winny. Ale nie mam złudzeń – wkrótce nauczy się z tym poczuciem winy żyć. W końcu wyrzuty sumienia nie przeszkadzały mu wcześniej jej bzykać.

Czy jestem gotowa na każdy obrót sprawy? Buńczucznie  wykrzykuję przed lustrem, że  tak. Ale to nieprawda. Jeszcze nie - zbyt  mocno mam go we krwi. Świat bez niego wydaje się niewyobrażalny. Ąle niewyobrażalne nie znaczy niemożliwe.

Teraz marzę o tylko tym, żeby przeczołgać się jakoś do następnego  dnia, potem następnego i następnego… I może  da się jakoś przeżyć .

 Po południu.

 Napisał do niej list. Pożegnalny. Ciepły i pełen żalu.

Powinnam się cieszyć. Mam  nadzieję, że ją zaboli.  Nic na to nie poradzę, ta ogarniająca mnie mściwość jest nie do opanowania. Nie mogę nienawidzić jego, więc całą nienawiść kieruję w jej stronę. Życzę jej wszystkiego najgorszego.

Ale jakoś nie cieszę się tak , jak myślałam, że będę. 

I co dalej? Co z nami będzie? Wysupłuję z mętliku myśli strzępki sensu. Wczorajszy szok przechodzi w odrętwienie.

Boję się obudzonej świeżo we mnie podejrzliwości. Boję się jego słabości. Boję się, że ulegnie jej prośbom. Będzie się tym razem lepiej ukrywał i uzna, że póki niczego nie wiem, póty jest wszystko w porządku. Boję się, że Mój  Miły chcąc oszczędzić wszystkim cierpień, przysporzy mi ich więcej.

Mój Miły nie jest człowiekiem żelaznych zasad. Łatwo rozgrzesza się z czynów popełnionych w imię miłości. Wierzy, że uczucia są poza kontrolą (zwłaszcza jego), dręczą go wyrzuty sumienia (oczywiście, dręczą) ale nie chce się wyrzec swych porywów. Nie jest złym człowiekiem, ale , parafrazując Goethego,  jest częścią tej siły co wiecznie dobra pragnąc, wieczne zło czyni  . Taki Mefisto na odwyrtkę

Zawsze o tym wiedziałam i kochałam go z całym dobrodziejstwem inwentarza.  Zresztą kochać go było łatwo, zwłaszcza że zdołał mnie  przekonać, że bycie  z nim  jest tego warte. Tak pięknie mnie zdobywał. Uwierzyłam, że to on ma rację, że miłość wszystko usprawiedliwia.

Podziwiałam jego odwagę, apetyt na życie, poczucie własnej wartości, spontaniczność, ironię przy niekoniecznie mocno rozwiniętej zdolności do introspekcji. Tak w gruncie rzeczy mało o sobie wie…

To, za co go kocham, jest w końcu przyczyną mojej udręki. . Teraz, zmuszony napisać list pożegnalny, ma minę dziecka, któremu odebrano brutalnie lizaka… Oczekuje współczucia, a przynajmniej zrozumienia, a ja choć staram się, jak mogę,  nie umiem żadnego z tych uczuć wykrzesać z siebie w stopniu satysfakcjonującym

Bo jednak nie do końca wyrzekłam się myśli, że mamy moc kierowania swoim życiem. Miłość, zakochanie spada na nas owszem, czasem jak grom z jasnego nieba, ale co z nią uczynimy. to już nasza decyzja. I nie ma co udawać, że jak w tanim melodramacie zawsze musimy jej ulec. Bywa to trudne, ale czasem poczucie własnej godności zmusza nas do rezygnacji z tej nowej szansy, nowej podniety.

 Mnie w swoim czasie zabrakło tej siły. Czemu więc śmiem żądać od Niego, by ją w sobie znalazł?

Teraz jest rozżalony. A ja czuję się niemal winna.

Ten pożegnalny list to zresztą osobna sprawa. Przedziwne uczucie być „osobą poszkodowaną” . Tak właśnie - nie „żoną” nie „kobietą z którą żyję” ale „osobą poszkodowaną”. Występuję jedynie w roli obiektu wyrzutów sumienia. I co z tym począć?  Obrazić się? Głupio. Przy braku pewności, czy to niefortunne sformułowanie wynika z chęci oszczędzenia bólu  kobiecie, z którą się zrywa, czy jest mimowolnym, freudowskim niemal, lapsusem opisującym moją rolę w jego życiu.

Nie wiem, jak zareaguje ona. Co jest w stanie zrobić, by go zatrzymać, czy będzie tego chciała i czy Mój Miły naprawdę zechce dotrzymać danej mi obietnicy. W gruncie rzeczy obiecał mi jedynie, że nie będzie z nią sypiał. Tymczasem dobre i to. Nie potrafi albo nie chce zrozumieć, że jakiekolwiek z nią kontakty wystawią jego i tak wątłą samokontrolę na próbę nie do przejścia. Któż oparłby się łzom młodej dziewczyny proszącej  o choćby ostatnie spotkanie… Boję się, że nie on. Siła pragnąca dobra, wiecznie zło czyniąca…

Mój Boże, może to jednak prawda, że nie da się zbudować niczego trwałego na cudzej krzywdzie, że zło, którego było się przyczyną  wraca  i uderza w sprawcę z ta samą mocą.

Ale żeby aż taka symetria?? Bóg ma nieco perwersyjne poczucie humoru….

20:31, lasviol
Link Dodaj komentarz »